.
.
2008-03-31 23:52:46 skomentuj (0)
Słońce (sztuczne)... i gafa...
Podczas jednej z wizyt na "hawajach"... wskoczyłem na "grilla"... w okularach mych...
2008-03-10 16:07:01 skomentuj (1)
W nawiązaniu do poprzedniej notki...
Nie wiedzieć czemu podczas opisywanego wcześniej zdarzenia oprócz dreszczku emocji w powietrzu unosiła się także delikatna nutka erotyzmu...
2008-02-27 23:50:14 skomentuj (0)
Odrobina słońca w środku zimy
Od jakiegoś czasu, w trakcie zimowych miesięcy, chodziła mi po głowie pewna ekstremalna myśl. Myśl, która spotęgowała się wraz z poprawą humory, przyrostem życiowego powera. By odkryć nieznane mi miejsce jakim było dotąd... solarium.
Był jeden z pierwszych marcowych dni. Godziny popołudniowe. Na dworze powoli zaczynało się już robić ciemno gdy wybrałem się na olsztyńską starówkę. Idąc tam już z przystanku autobusowego, w pewnym momencie, można powiedzieć, że "prawie" niespodziewanie (prawie robi wielką różnicę) dopadł mnie... przypływ odwagi. Cytując Samych Swoich... NADESZŁA WIEKOPOMNA CHWILA. A trzeba tu dodać, że właśnie tam znajdowało się pewne solarium, na które to trafiłem kiedyś wędrując po internetowych stronkach, i które to wizualnie zrobiło na mnie cywilizowane wrażenie. Zatem mimo wcześniejszych planów zamiast wędrować po sklepach udałem się ku upatrzonemu wcześniej upatrzonemu wcześniej miejscu. Podchodząc już do drzwi wejściowych, przez szybę zauważyłem, że oprócz obsługi ktoś jest w środku. Szybki odwrót. Trema jednak była. Cóż.... by powrócić do równowagi psychicznej zaserwowałem sobie krótką wędrówkę brukowanymi uliczkami. Kilkanaście minut później stałem ponownie przed tymi samymi drzwiami. Jeszcze bardziej zdeterminowany... czy może raczej zdesperowany. Wszedłem. Tradycyjnie kulturalne z mojej strony...
- Dzień dobry.
W środku... oczekująca na swą kolej klientka płci żeńskiej (klientka płci żeńskiej...masło maślane?)... i kobieca przedstawicielka obsługi lokalu w którym się znalazłem.... ładnie ułożone czarne włoski... "służbowa" brązowiutka opalenizna... i bluzeczka sugerująca letnie temperatury. A po życzliwym przywitaniu...
- Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie pewna myśl co by przeżyć swój pierwszy raz na solarium...
Z tego co zaobserwowałem to po mych słowach nikomu z wówczas szczęka nie opadła... czyli najprawdopodobniej bywały już tam gorsze przypadki niż ja. Po kilku słowach wstępnych informacji... z moich ust padło...
- No to zróbmy to... (czy coś w tym stylu)
I zaczęło się. Machina niczym z filmu science-fiction, trzy przyciski i ja w środku. "Podróż" w nieznane. Ciepło... przyjemnie ciepło...
2008-02-27 23:33:06 skomentuj (0)
Pierwsze sukcesy naukowe
Z historii filozofii... "dobry"...
Z historii powszechnej XX wieku... "bardzo dobry"...
A potem... z większymi lub mniejszymi sukcesami już z górki...
:)
2008-01-11 00:27:33 skomentuj (0)
Z zdrowotnej przyczyny... z wielce przyjemnym doznaniem...
Zimowy bezruch i kilkunastogodzinne przesiadywanie na uczelni (w sumie to nawet kilkudziesięciogodzinne) dawało mi się we znaki. Plecki, pośladki... wszystko obolałe. Wędrując podczas naukowego weekendu po uczelnianych korytarzach znalazłem informację, że w Centrum Zdrowia i Sportu funkcjonującym przy mojej uczelni, oferowane są usługi masażu. I tak po powrocie do domu z ostatniego styczniowego "spędu naukowego" zaczęła mi w głowie świtać myśl co by nie ulżyć trochę memu skromnemu ciałku. Dając sobie 24 godziny na zastanowienie i zebranie się na odwagę, zadzwoniłem następnego dnia pod wskazany numer by dowiedzieć się jeszcze kilku szczegółów no i oczywiście umówić się na wizytę. Było wtorkowe popołudnie gdy z nieśmiałością i niepewnością wsiadłem w autko i udałem się do miejsca gdzie jeszcze dwa dni temu "chłonąłem wiedzę". Zgłosiłem się do recepcji pytając o Panią Kasię. Po chwili przyszła. Totalne zaskoczenie. Żywy dowód, że kobieta zasługuje na miano płci pięknej. Smukłe opalone dziewczę, o włosach uformowanych w drobne dredziki... a nad pośladkami zmysłowa dziara. Podsumowując... trudno było powstrzymać szczękę przed opadnięciem z wrażenia. Zostałem zaproszony do gabinetu. Wszedłem... a tam... wokoło palące się świeczki, płynąca z głośników muzyka relaksacyjna. Zostałem pozostawiony sam z poleceniem rozebrania się do bielizny... i ułożenia się na łóżku do masażu. Po chwili wróciła. Zaczęło się. Najpierw rozgrzewająca oliwka rozprowadzona na mych pleckach. Potem...jej dłonie... wędrujące powoli... począwszy od kości ogonowej aż po kręgi szyjne. I tak przez prawie pół godziny. W połowie... zacząłem odpływać... ogarnęła mnie przyjemna senność, oczy się przymknęły, przestały do mnie docierać słowa, które do mnie mówila. Totalna błogość... psychiczny i fizyczny odlot. I gdy już było po wszystkim... gdy wyszedłem... gdy wracałem do domu... powiedziałem sobie, że... choćby mnie nawet plecki nie bolały... to tam wrócę. Oby się to spełniło...
2008-01-11 00:19:34 skomentuj (0)
Nauka... studia... pierwsze poty...
Jeszcze kilka słów o styczniu. Tak naukowo... bo zaczęło się robić poważnie w tej kwestii. Wyznaczone terminy pierwszych egzaminów. I żeby było jeszcze ciekawiej... zaliczenia z Historii Filozofii oraz z Historii Powszechnej XX Wieku w postaci referatów...
Efekt?
Jeśli chodzi o Historię Filozofii gdzie każdy miał na wybrany przez siebie temat napisać referat... ja wziąłem na "warsztat" Niccolo Machiavellego opisując jego życie i poglądy. Z racji marnej oferty uczelnianej biblioteki... w "stanie wyższej konieczności"... rozpocząłem wędrówkę po olsztyńskich bibliotekach. W efekcie... zasadnicza część pracy pisana była w nocy z piątku na sobotę (podczas gdy termin oddania wypadał właśnie w sobotę). Kropka kończąca ostatnie zdanie została postawiona mniej więcej około godziny 6 nad ranem. W indeksie ocena... "bardzo dobry".
W przypadku Historii Powszechnej XX Wieku przydzielony mi został temat "przyczyn, przebiegu i skutków rozpadu (czy też może raczej powstania) państw byłej Jugosławii po II wojnie światowej". Jak się okazało... dostępność materiałów jeszcze gorsza niż w przypadku Machiavellego. Kolejne biblioteki. Praca ponownie pisana "krytycznej nocy". Gotowość do druku ogłoszona około godziny 8:15 rano. No comments. Wielką jednak nagrodą za te trudy i poświęcenie był moment gdy podczas ostatnich ćwiczeń, w trakcie ogłaszania ocen usłyszałem...
- ... ale najlepsza praca należy do... (i tu została wymieniona moja osoba).
2007-10-23 01:56:33 skomentuj (0)
Czarna zaraza (z białą koloratką)
Nieuchronna kolej rzeczy. Boże Narodzenie, Nowy Rok... to wszystko już było za mną. I kolejna nieunikniona pozycja. Kolęda. W "wolnym" tłumaczeniu... wędrowanie od drzwi do drzwi parafialnego wysłannika pod hasłem... "co łaska...". Tym razem nie udało mi się w porę ewakuować z domu. I przyszło to to... ksiądz proboszcz... co to ciągle się drapie jakby wszy miał. Przyszedł... nie dość, że sam... to jeszcze z asystą w postaci ministranta. Wyciągnął naszą "rodzinną czarną teczkę" i zabrał się za pranie domowych brudów. Gdy temat zszedł na kwestie kierunku moich obecnych studiów rozpoczęło się drwienie, wyśmiewanie, wręcz poniżanie w stylu "co to w ogóle za kierunek"... itp... itd. I tylko resztki osobistej przywoitości powstrzymały mnie przed głośnym wyrażeniem co o NIM myślę i gdzie GO mam...
Niech mi będzie wybaczone, ale kto w ogóle dał MU prawo krytykowania pośrednio mojej osoby!!! Kto mu dał prawo by dyskredytować mój wybór!!! Kto mu dał prawo by coś w czym się wreszcie w jakiś sposób odnalazłem, co sprawiło, że moje życie choć w pewnym stopniu stało się normalne sprowadzać do "totalnej bezsensowności"!!! No kto???!!!
Ja na pewno nie...
2007-10-12 00:52:26 skomentuj (0)
Wielce "aktualna" notka o tym jak nowy rok witano
Było popołudnie dnia 30 grudnia 2006 roku. Mr Belmondo podążał miejskim autobusem przez ulice rodzinnego miasta. Autobusem, o którym obecnie nikt nie jest w stanie nic więcej powiedzieć. Ani numeru linii, ani koloru pojazdu, ani tego czy ktokolwiek z pasażerów zwrócił na niego uwagę. Mijały minuty. Wysiadając na przystanku rozejrzał się dookoła. Wszystko wyglądało tak jak w normalne sobotnie zimowe popołudnie. Może tylko gdzieś w oddali słychać było huk petard przedwcześnie odpalanych przez osiedlowe małolaty. Nie zważając na to udał się w obranym przez siebie kierunku. W kierunku, który był mu dobrze znany lecz jednocześnie pokonywana droga zawsze mogła nieść ze sobą niespodzianki. Spędzając tylko tyle czasu ile to było niezbędne przy dworcowej kasie pewnym krokiem skierował się ku dworcowemu peronowi. Jednemu z trzech. Ku żelaznej drodze wiodącej ku horyzontowi, granicy zasięgu ludzkiego wzroku. Nieznany kobiecy głos przemówił z peronowego głośnika. Czuć było z niego słowny automatyzm, bezduszność. Zbliżający się stukot stalowych kół. Pociąg. Mr Belmondo nie wiedział skąd ów wyruszył. Był jedynie przekonany, że dowiezie go do miejsca przeznaczenia...
Stop!!!
Dosyć dramaturgii...
Bo jeszcze ktoś się zestresuje to czytając.
To teraz po kolei i już mniej tajemniczo. Na Sylwestra dostałem zaproszenie... można się domyśleć... do Gdańska. W pociągu przydzielone mi zostało miejsce "prawie dla VIP-ów"... z racji noworocznego szczytu podróżniczego wszystkie miejsca w przedziałach jak i na korytarzach były zajęte... przyszło mi jechać w środku kalendarzowej zimy w wagonie rowerowym. Zawsze to jakaś atrakcja. A u rodzinki... pierwsi sylwestrowi goście. Aż z Wrocławia. Jak mało o sobie wiemy wzajemnie niech świadczy fakt, że owymi gośćmi (w tym przypadku gościówami... powiedziałbym nawet) była dawna koleżanka Nikki ze szkoły wraz ze swoją ukochaną... sympatyczną, blond pięknością o imieniu Lena... rodem z Białorusi. Nie wybiegając w przyszłość szepnę tylko ze powitanie nowego roku zapowiadało się oczywiście tęczowo. Aby wprowadzić się w stosowny klimat wieczór wypełniło nam oglądanie filmu, który to wprawił nas w lekka perwersyjny humor (chociaż Lena po kilku czy też kilkunastu minutach opuściła nas stwierdzając, że tego nie da się oglądać"). Nie sugerując niczego, nie namawiając nikogo do oglądania wspomnę tylko, że tytuł filmu brzmiał "Another gay movie". Taka tęczowa (z akcentem na… męska) parodia American Pie. Tylko dla osób o wysokim poziomie tolerancji na "zboczony humor". Wracając do wieczoru... z racji ilości gości (przypadkowy rym) przyszło mi spać w pokoju razem z Trolami. Na piętrowym łóżku... ja na górze... one na dole. Wkrótce też się okazało, że jedno z Troli... chrapie. Ja... zwyczajowo sypiający sam... osobiście nie chrapiący... możecie się domyśleć jakie to dla mnie było doznanie. Rano... ku wielkiej radości Troli... obudził mnie chór tańcząco-śpiewających kwiatków... mała demonstracja bożonarodzeniowych prezentów. Ostatni dzień starego roku... pochmurny... deszczowy... wietrzny. Wiało do tego stopnia, że gdy wracaliśmy z marketa zaopatrzeni w prowiant na wieczór w pewnym momencie niespodziewany zryw powietrzny prawie porwał nam przesympatyczną Lenę. A ja... albo doświadczony nocnym obcowaniem z chrapiącym Trolem... ewentualnie wyjątkowo niesympatyczną pogodą... trudno powiedzieć... zapadłem w głęboką kilkugodzinną drzemkę. Wróciwszy do świata żywych przekonałem się, że ominął mnie ostatni w 2006 roku zachód słońca... a ponadto domownicy jak i obecni goście "specyficznie" się uśmiechali do mnie na powitanie gdy ponownie zaistniałem ciałem i duszą wśród obecnych. Impreza w prawdziwie zróżnicowanym towarzystwie... zarówno pod względem wiekowym jak i narodowościowym. A że zebrało się grono światłych ludzi, posiadaczy światłych umysłów... ustaliliśmy co następuje... by sprostać wymaganiom wszystkich zebranych... w tym niecierpliwie oczekujących na "szampana" (truskawkowego?) Troli... nowy rok będziemy witać według czasu rosyjskiego, polskiego... no i jeszcze ewentualnie według białoruskiego. Nie musze pewnie w tym momencie dodawać, że głównym autorem tego "perfidnego" planu była Lena, jako osoba obeznana w różnicach czasowych między czasem polskim a "tym bardziej na wschód". Wymieniając zasługi Leny trzeba dodać też, że to właśnie Ona wzięła na siebie jakże odpowiedzialną rolę dozowania płynów pobudzająco-rozweselających. Im bliżej było północy tym humory coraz bardziej dopisywały... parkiet mieszkanka był wystawiany na coraz większą próbę... układy choreograficzne stawały się coraz bardziej frywolne... a ma koszula zadziwiająco często oddalała się z mego ciała. Po prawdzie... specjalnie sie przed tym nie broniłem. Kulminacją wieczoru był występ kabaretu Ani Mru Mru... made by 'trójmiasto girls squad and company'. Ach ten Tofik i jego Tato. Bo jeśli jeszcze tego drodzy czytelnicy nie wiecie... LEONARDO... to... BRZYYYYYYYYYYYDAAAAAAAAAL. Gdy nadchodziła północ, zaopatrzeni w nieodpieczętowane opakowania szklane... zwane też potocznie butelkami... opuściliśmy mieszkanko by przed blokiem wpatrywać się w przesuwające wskazówki zegarków, tudzież zmieniające się cyferki na wyświetlaczu zwiastujące ostatnie chwile 2006 roku. Przy stanie 0:00 strzeliły korki napojów szampanopodobnych, na horyzoncie rozpoczęła się kanonada fajerwerków. Prawdziwe prawie półgodzinne pirotechniczne show. Tak naprawdę to nie nadążałem z obracaniem głowy by ogarnąć wszystko to co działo się na niebie wokoło nad naszymi głowami. A gdzieś w oddali... na trójmiejskiej starówce... podobno Doda Elektroda "uatrakcyjniała" te jedyne, niepowtarzalne chwile. By dopełnić atrakcji wieczoru należy wspomnieć o tradycyjnych już wypadach na balkon i częstym widoku wędrujących pod nim panów w stanie "zróżnicowanej świeżości", jak też i od czasu do czasu poszukujących "dyskretnych kraczków". A rano... nieświadome nocnych wydarzeń...Trole królowały w rodzinkowym mieszkanku probując nakłonić wszystkich do intensywnego spędzenia pierwszego dnia 2007 roku...
I w tym miejscu... nie rozpisując sie juz zbytnio... chciałbym podziękować całej tęczowej rodzince za zaproszenie... wszystkim obecnym za świetną zabawę... i też za coś co być może trudno ująć słowami, ale znaczy dla mnie bardzo dużo...
Zatem...
Żyjmy długo i szczęśliwie :)
2007-04-30 23:15:11 skomentuj (1)
Retrospektywnie o Bożym Narodzeniu
Można stwierdzić, że "świąteczna alergia" u mnie... utrzymuje się. Może nie w takim stopniu jak w poprzednich latach ale jednak jest. Korki na ulicach, otaczające ludzkie masy węrdujące przez miasto, czy też nieustanne dopytywanie co chiałbym dostać pod choinkę (chociaż gdybym nic nie dostał to pewnie bym się specjalnie się nie stresował... inaczej mówiąc... "przymusowa tradycja"). Wszechogarniająca komercja. A gdy przyszły już święta "dziwnym" trafem pod choinką znalazłem właśnie te prenzenty, o których gdzieś tam wspomniałem w ramach wymuszonych życzeń. Tłumy ludzi przwijające się przez dom i ja... nie mogący znaleźć sobie miejsca... snujący się z kąta w kąt. Wielka ulga gdy było już "po"... gdy wreszcie człowiek został sam... gdy poczuł się swobodnie...
2007-03-06 21:55:00 skomentuj (4)